blog dla ludzi o smalonych dubach
blogaski codzinne i mniej: wo.blox.pl io9.com mrw.blox.pl radkowiecki.blox.pl zabawne rysunki ale nie koty: odcinki.blogspot.com www.lunarbaboon.com realitycherries.soup.io vontrompka.com pbf.com xkcd.com (uwaga: piersi i peryfernalia) boli.blog.pl oglaf.com
RSS
środa, 18 czerwca 2014
niewolność sumienia

Początek religijnej "odwilży" - tak, to słowo wydaje się adekwatne - kojarzy mi się z dwoma w miarę świeżymi fenomenami kultury rozrywkowej: podcastami "Hell" i "Ksiądz" w radiu Roxy oraz animowańcem kościelno-satyrycznym, raz jeden zobaczonym na polskim Comedy Central*.
To skojarzenie wynika z potwierdzonej życiowo obserwacji, że objawem zdrowego stosunku do czegoś jest umiejętność stanięcia w pozycji swobodnego dystansu. I choć jak na razie to nie występuje - bo internetowcy robią to raczej bezwiednie, a cała reszta rzadko jest w temacie religii swobodna - zakładam, że kulturowe kroki zostały poczynione.
A piszę o tym, bo byłem świadkiem krótkiego a krwawego porachunku w temacie obecnie znanym & lubianym: lekarzach, deklaracji wiary i aborcji. Gorzej, był to krótki krwawy porachunek na Facebooku, który jest i powinien być poświęcony kotom, akcjom przeciwko odstrzałowi łosi i grom w przeglądarce. A przy tym to doskonały przykład na to, jak nie przepracowana historia/kultura się mści.

Początkiem był rysunek z cyklu AndrzejRysuje, ten o. Dodajmy, udostępniony z profilu fb "Nie dla Deklaracji Wiary".
Dyskusja była kilkustronna, w zestawie: mocna lewica, liberalizm, lekki konserwatyzm z naciskiem na etykę zawodu lekarza i konserwatyzm. Czyli od tradycyjnej aborcji na życzenie do jeszcze bardziej tradycyjnego zakazu tejże. Dyskusji nie ma co przytaczać, a nawet rozważać , a już na pewno nie w formule blogonotki - jak ktoś się uchował bez rozważania aborcji, to polecam krótkie (bardzo) a treściwe książeczki Tomasza Pietrzykowskiego (mam w domu jak coś).

Meritum sprawy jest dla mnie gdzie indziej niż to, kto ma lepsze argumenty; czytając, skupiłem się mocnych, kategorycznych, całościowych postawach. Kościół, wiara, prawo stają się problemami moralnymi (dobre, złe), a nie problemami społecznymi (dobre, złe, różne, trudne, dziwne, nie do pogodzenia etc.). A dyskusja o wyborze lekarzy staje się dyskusją o współczesnym kościele, księżach, państwie religijnym i świeckim, aborcji i wierze w kontekście racjonalności przynależnej ponoć naszemu dziś. Rzecz nie w tym, że to niewłaściwe tematy; raczej w tym, że są one dla dyskutujących konieczne. Temat "rozlewa" się - i nagle deklarujący wiarę lekarz ze specjalisty staje się "szamanem"**, "feministki dążą do tego żeby aborcja była tak dostępna, jak paczka gum na stacji benzynowej", a debatę skądinąd inteligentnych ludzi szlag trafia.

Ta niemożność panowania nad tematem bardzo ładnie mi się łączy z koncepcją religijnej odwilży. Przyjaciół, najczęściej mocno i bez wyjątków krytycznych wobec kościoła. Znajomych  - niezapomniana sytuacja, w której Żona Moja (wtedy jeszcze nie) na niemalże wejściu imprezy jest pytana wprost i publicznie, jak sobie radzi z seksem i jak to usprawiedliwia w świetle Dogmatów. Debata publiczna wyszła już, jak się zdaje, z etapu "ręką w majtki" (ginekolodzy w końcu mają prawo), a jednak raz po raz obie strony wydają się kurczowo (ślepo?) trzymać wybranych opcji. Jakby kościół nie był dalej ostoją istotnych dla nas (narodowo? europejsko? gatunkowo) wartości. Jakby równouprawnienie osiągnęło taki poziom, że dalsze działania to agresywna propaganda, a nie wyrównywanie szans.

Ja wiem, jako heretyk katoliczki jestem w wygodnej sytuacji: ja po prostu muszę widzieć tudzież szanować obie strony***. Sam więc się ustawiłem ustawiłem w pozycji życzliwego dystansu - z bezwarunkowym szacunkiem (do wiary), próbami zrozumienia (miejsca praktyki religijnej w życiu) czy negocjowaniem znaczeń (nasze dziecko będzie wierzące czyli co?). Toteż - nie będę się  tym krył - bezmyślna**** krytyka kościoła czy ludzi wiary mierzi mnie równie bardzo, co bezmyślna krytyka feminizmu czy ateistów.

A przecież cały czas mówię o bliższych i dalszych znajomych, zasadniczo etycznych, inteligentnych i w ogóle, zasadniczo przyjmujących optykę lewicową/ateistyczną. Czasami mam wrażenie, że trzeba nimi (wami?) potrząsnąć, żeby(ście?) zaczęli mówić o faktach, konkretnych problemach i dylematach, nie spuszczając na temat zasłony stereotypów i uprzedzeń, fastrygowanej wielkim złotym "Wiemy, Jacy to Oni Są". Mam wrażenie, że tak, jak środowiskom religijno-konserwatywnym***** warto by przypomnieć o o deklarowane wartości miłości bliźniego, tak środowiskom ateistyczno-liberalnymwarto przypomnieć o deklarowanych wartościach szacunku i tolerancji.

Te wartości wymagają nierzadko mnóstwa pracy i przegryzania się. A tego się po prostu nie da bez wstępnego zainteresowania, a nawet - o zgrozo - życzliwości. Z drugiej strony, tacy wzajemnie się szanujący/miłujący, nawet jak ich bolą różnice, mogą pójść razem na belgijskie frytki z majonezem i radować się. A to powinno być celem każdego z nas.




*żeby było zabawniej, z oboma zapoznał mnie Szanowny Protoplastuś czyli tato

** swoją drogą: obrazić kogoś, nazywając go szamanem.. dziwny czas

*** zauważcie, że robię przez to uwspółcześniony zakład Pascala:
nie wierzę; jeśli Bóg nie istnieje - nic nie tracę, jeśli zaś istnieje - mam wtyki przez żonę.
**** bezmyślna tj.: ogólna - gdy mowa o konkretach; oparta na słabych podstawach - pojedynczych doświadczeniach; nie zainteresowana ludźmi i poglądami z "drugiej strony"; totalna - nie dopuszczająca ważności kontrprzykładów.

***** Znak, nie Fronda. Fronda w jej obecnym formacie ideologiczno-intelektualnym niechaj płonie. Chociaż tak na prawdę i Fronda nie jest konkretnym problemem. Wszyscy wiemy, kto i gdzie jest konkretnym problemem, ale to zakon i od lat nie udało się skubańca ruszyć.

niedziela, 15 czerwca 2014
słowo na niedzielę

Słowo na obecną niedzielę: "intra-familial" (wewnątrzrodzinny).

Jak miło widzieć, że nasze koleżanki & nasi koledzy z nauk społecznych też posługują się bzdurnym żargonem.

Źródłosów: z powodów nieznanych ale prawdopodobnie ambicjonalnych czytam właśnie tekst o uroczym tytule: "Psychosocial Impact Of Pediatric Living-Donor Kidney And Liver Transplantation On Recipients, Donors And The Family: A Systematic Review")
 

17:42, krzysolar
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 czerwca 2014
hardkor na dziś

Hardkor na dziś to czkawka człowieka w człowieku - niby wykonalne, ale napawa mnie zdumieniem nawet poprzez łącze.
I jakby mi było mało chwalstwa - córeczka! 

22:53, krzysolar
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 czerwca 2014
games #2

czyli kiedy żony nie ma, Solarewicz nie interesuje się światem zewnętrzym.

W rezultacie, znów będzie o grze. Tym razem tej (zwiastun, aczkolwiek polecam zakończyć na pierwszej minucie, później spojlery). Nazywa się "Stanley Parable", gra się w nią od 20 min do 3h i jestem zachwycony. Nie-gracze mogą mieć problemy natury technicznej (chodzenie WSAD + patrzenie myszą), ale jeśli ktoś choć ciut ogarnia, to jest to dzika przygoda - choć poza chodzeniem i okazjonalnym wciśnięciem guzika nie robi się w niej nic.

Nie dość bowiem przyzwoitej fabuły i świetnego głosu narratora; w porównaniu do niej standardowe zabawy teatru (pudełkowego, awangardę zostawmy) czy kina z czwartą ścianą są igrcami-harcami, a przy tym jest naprawdę zabawna i dobrze napisana.  

Można ją rzecz jasna nabyć drogą kupna, ale wiemy jak jest. Należy jeszcze nadmienić, że gra jest w języku angielskim, ale pojawiło się też spolszczenie do niej - choć nie wiem jakiej jakości.

W każdym razie zapraszam do spróbowania nawet tych zasadniczo niechętnych. Albowiem

a) zabawna

b) zdecydowanie niegłupia

c) prosta w obsłudze

d) jest małym dziełem sztuki, a jednocześnie spogląda krytycznie na swoją - dalej nie za bardzo istniejącą, twierdzę - dziedzinę. Czyli dziedzinę komputerowych gier/dzieł (gieł?) sztuki.

00:07, krzysolar
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 maja 2014
starzy ludzie na księżyc!

Godzina czwarta, czas na wpis numer dwa. 

Zapewne część z was kojarzy, że miewam coś wspólnego z grami komputerowymi. Szczęśliwie, niewielu z was wie, jak strasznie mi się zdarzało (a nawet i zdarza) korzystać.
Ale nie o mizdrzenie idzie, raczej o poczucie, że przynajmniej na platformie PC widziałem prawie wszystko, co absolutnie trzeba było zobaczyć, dajmy na to od '96.

Skończyłem właśnie grę storytellingową (dużo opowieści, mało grania) To the Moon - czyli "na księżyc", zeszłoroczną alternatywną produkcję niejakiego Kana Gao. I niniejszym dodaję ją do dość wąskiej* rodziny gier pięknie napisanych. Pomaga, że gra się w nią ze cztery-pięć godzin; bardzo pomaga też, że nie jest pisana dla dzieciomłodzieży. Niezależnie od konkretów, granica między rozrywką a sztuką została przekroczona. A to - im starszy tym bardziej mi się narzuca - rzadkość, przynajmniej jeśli traktować gry jako całości (a nie zlepki grafiki, muzyki i narracji, same w sobie często wyborne).

Gra kosztuje (legalnie) 9€ i dostępna jest (legalnie, dla chcących wesprzeć autora) tutaj; można też łatwo znaleźć spolszczenie. Bardzo zachęcam do gry - co nie zdarza się każdego dnia, ani nocy też nie.


*dla ciekawych (alfabetycznie): Dreamfall, Fallout 2&3, Grim Fandango (dzięki, bracie), Katawa Shoujo, Modern Warfare 1-3, The Longest Journey. Pewnie coś jeszcze, ale nie pomnę.
I proszę bez Skyrimów, klimat to jeszcze nie narracja, zabawne dialogi też nie są jej istotą.

z kraju i ze świata

Z kraju: dzień wyborczy, ważny dla demokracji i obywatelskości, a może nawet delikatnie dla przyszłości tej części Europy, którą się zasadniczo przejmujemy i z której mamy wiadomości (no, my nie, ale tacy Brytyjczycy). W ramach wyborów oglądałem debaty, bo żeby głosować z zagranicy to grubsza sprawa i trzeba się wcześniej zorientować, a wcześniejsze zorientowanie to nie jest moje drugie imię, ani trzecie.

Żona w ramach wyborów stawała się z kolej obywatelką świadomą europarlamentarnie, w ramach czego buszowała w internecie. Pozostawiam was z dwoma podarowanymi mi przez nią linkami. Pierwszy, to świetny zestaw ankiet Rzeczypospolitej (w którym nie tylko można zobaczyć, komu w ogóle zależy na inteligenckim targecie, ale i kto co/jak myśli). Drugi, to Turbodopasowywacz Wyborczy.

A na świecie, jak to na świecie. Dupy nie urywa.

Chociaż nie, jest wyjątek, a jest nim ten o soundtrack. Delikatna elektronika z sugestią dźwięków generowanych losowo i delikatnym uorkiestrowieniem. Proste ładne świeże.

środa, 21 maja 2014
wielkie zawody współczesności w tym tygodniu

Najpierw okazało się, że e-pornografia szkodzi nie tylko za pomocą "nierealistycznych oczekiwań" (psychologia-terapia), względnie uprzedmiotowieniem kobiet/intymności (zdrowy rozsądek), ale też całkiem neuro-biolo-ewolucyjnym mechanizmem przystosowania się do nieosiągalnej w rzeczywistości ilości nowych bodźców seksualnych (a porno-filmy w sieci mają obecnie 5-10 min.) - a w rezultacie mniejszą wrażliwością na seks. Od xvideos do zaburzeń erekcji - to brzmi poważnie; zwłaszcza w świetle ostatnich akademickich wynurzeń, że dobre, estetyczne porno dopiero zaczęło powstawać..

Nie dość tego; dowiedziono ponoć, że internet nasz powszedni w ogóle szkodzi myśleniu. Nie, żeby to nowe było, ale najczęściej gadaliśmy o tym w kontekście dzieci, którym za szybko daje się komputer z jego nieprawdopodobną ilością bodźców (nowych rzeczy - obrazów, dźwięków, rzeczy do kliknięcia) na minutę. Rezultatem miałoby być "techniczne ADHD" (czy ADD?), czyli zdolność skupienia & pamięć krótkotrwałą godną Dory ("Gdzie jest Nemo"). A tutaj Nicholas Carr i jego "Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg" twierdzi bezczelnie, że to dotyczy wszystkich, nie tylko ofiar zapracowanego/nieuważnego rodzicielstwa (krótka recenzja tu [PL], nieco dłuższa i krytyczna tu [EN] i pięknie złośliwa z Guardiana). Niezależnie od trafności stawianej tezy... nie, sory. To wszystko tylko zastępcze wyjaśnienie dla tego, że dziś (wczoraj) po raz czwarty siadłem do artykułu i nie dokończyłem go czytać, pomimo sześcio-siedmiogodzinnego dnia pracy. Bo przecież to musi być czyjaś wina i dlaczego miałaby znów być moją. A poza tym humaniści kochają szeroko zakrojone kulturowe trendy.

poniedziałek, 19 maja 2014
oferta okolicznościowa

Ponieważ grywałem i grywam w gry. Parafrazując Erica Idle: niektóre z nich są dość poważne, ale w porównaniu z taką np. Siódmą Pieczęcią Bergmana to najczęściej tylko głupawe chichotanie.

Dziś jednak chichot arcy-, albowiem ponieważ otrzymałem maila wyglądającego tak:



W Diabła nie grałem już od dłuszego czasu - bo to gra atrakcyjna wizualnie, ale pod innymi względami niegodna firmy w której powstała - słabiutkie dialogi, umiarkowana muzyka ale przede wszystkim powtarzalna do nudności. Czyli bardzo.

Otóż zauważywszy moją nieaktywność, wydawcy Diabła oferują mi okolicznościową (25-lecie firmy) okazję: z tych samych co zawsze potworków będzie mi wypadało więcej fajnych przedmiotów, w które będę wyposażał moją wirtualną postać - toteż fajniej będzie zabijać te same co zawsze potworki od nowa od nowa!

Takie rzeczy

piątek, 16 maja 2014
Vice nails it again (ang. Vice przybija to znów)

(dziś hermetycznie, przepraszam pokolenie bardziej doświadczone)

Pisałem swego czasu o całkiem pełnometrażowym dokumencie BBC "No sex please, were Japaneese"
Vice robi rzeczy lepsze, ostrzejsze i w kwadrans.

Vice - dokumenty XXI wieku

Vice - kopie metafizyczne doły w rzeczywistości

Vice - Morgan Freeman. 

środa, 14 maja 2014
Lazania typu Carrefour discount, czyli półmetek pobytu

Wszyscy (?) śledzą, nikt się nie odzywa, toteż zacięcie mi opadło i zająłem się innymi sprawami (sorry Navarro rycerzu mój wierny jedyny).

Dzisiejszy post wyczerpuje się w tytule; dodam jedynie, że lazania waży 400g i kosztuje euracz dwadzieścia, więc bardzo mało. Za to jest niesmaczna. Za to za drugi euracz dwadzieścia kupuję litr soku częściowo z zagęszczanego i przekonuję siebie, że przecież JEST zdrowo.

buzi/ukłony/uściski dłoni/piątki/zderzania klatami

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16